Godzina 5:10 początek urlopowego wypadu. Przede mną prawie 500 km, a o mały włos wszystko wzięłoby w łeb. Autobus, który miał mnie zawieźć do Zielonej Góry miał 30 minutowe opóźnienie. Okazało się, że kierowca nie przyszedł do pracy i musieli ściągać drugiego. Na szczęście w Zielonej miałem prawie godzinę zapasu na pociąg do Warszawy, więc spokojnie zdążyłem. Taki więc falstart tuż na starcie, który na szczęście nie pokrzyżował mi planów. Jedno zdjęcie zrobione z feralnego autobusu: „niepozorny” wschód słońca, zwiastujący jednak początek 40 – stopniowych upałów
